niedziela, 28 grudnia 2014

ROZDZIAŁ II
           Damritch, to niesamowite miejsce. Kątem oka przypomina zwykłą, małą wieś, ale tak na prawdę to ekscytujące, tętniące życiem miejsce! Piękne jeziora tak zadbane i czyste... Skrzypiące i postarzałe pomosty, które same proszą się już o wyrzucenie. Dzika fauna i flora, zwierzęta hasające po łące, małe sklepiki ze straganami z warzywami. Wszystko to co potrzebne jest do życia każdemu kochającemu naturę człowiekowi...
            
           Po drodze do Damritch zabraliśmy ze sobą moją kuzynkę Emily. Znałam ją od zawsze. Mieszkałyśmy  w tym samym mieście i zawsze miałyśmy dobre kontakty. Emily była dużo milsza i ładniejsza ode mnie. Ja tak na prawdę nigdy nie przejmwoałam się swoim wyglądem, ale mimo to gdzieś w sercu zazdrościłam jej tych długich zgrabnych nóg i  falowanych blond włosów. Miała niebieskie, wielkie oczy i długie rzęsy , które i tak podkreślała tuszem. Była niesamowicie zgrabna. Czasem zazdrościłam jej tego że każdy chłopak się za nią oglądał... 
          Patrzałam przez okno. Znałam już na pamięć trasę do Damritch. Z resztą tak piękne widoki pozostają na długo w pamięci. Przyglądałam się garstce nastolatków. Szli przez drogę śmiejąc się i popychając na ulice. W ręce trzymali puszki z piwem. Nigdy nie rozumiałam czemu moi rówieśnicy zaczynali pić w tak młodym wieku. Czy czują się wtedy starsi? Lepsi? Moim zdaniem to co robią nie wskazuje na to że są dojrzali....
         Po pewnym czasie dojechaliśmy na miejsce.Kiedy wyskoczyłam z samochodu poczułam ten sam zapach wilgotnego mchu.Delikatny wietrzyk smagał moje czarne warkocze i jakby wyszeptywał słowa,, Witam”. Biegłam przed siebie patrząc na wolno przesuwające się obłoczki na niebie! Wraz z Emily położyłyśmy się na trawie. Tak, to był nasz coroczny rytuał powitania tej małej wsi. Trudno wyrazić uczucia, które mi towarzyszyły kiedy przyjeżdżałam do Damritch... To tak jakby po dniu ciężkiej pracy wziąć gorącą kąpiel i czytać książki. Tak samo czuję się ja kiedy po całym roku nauki wracam w to miejsce, które odwiedzam od dziecka! Wypoczynek, relaks,spacery, kąpieliska sprawiają, że czuję dreszczyk emocji na myśl o tej wsi ! Zawsze kochałam spędzać tu czas w małym rodzinnym gronie. To miejsce kryło za sobą tyle tajemnic i ze zwyczajnego ludzkiego umysłu mogło stworzyć niesamowitą krainę magii. 
         Nasz spokój zakłóciło głośne trzaśnięcie drzwiami od domku. Pobiegłam czym prędzej do mieszkanka. Domek był dwupiętrowy i bardzo stary. Ale właśnie ta,, starość” dodawała temu miejscu tajemniczości. Przeszłam przez próg. Weronika położyła nasze bagaże na zniszczonej sofie, którą ,, normalny” człowiek dawno by wyrzucił. Wnętrze było urządzone w ciepłym, miłym klimacie. Ściana było zrobiona z drewna, po lewej stronie stał kominek, pełno dywanów, dodatków,stołów tworzyło miły dla oka harmider. Kuchnia była stara i mało funkcyjna. Dosyć wymieniania! W skrócie wszystko było zakurzone, stare, ale tworzyło miłą atmosferę. Na drugim piętrze były różne pokoje. Najbardziej lubiłam chiński. Tak go nazwała moja babcia, która nadaje imiona nawet kocom. Pokój chiński był cały z drewna. Szafki, ściany, okna dosłownie wszystko! Było tam ciepło i przytulnie. Weronika wolała pokój,,biały”. Był prosty, schludny i przejrzysty. Kompletnie nie pasował do nastroju Greenwich. Stała w nim wielka szafa, która przypominała tą z Narnii. Na tym samym piętrze był jeszcze mały pokój. Był on przeznaczony dla mamy mojej Babci. W tym samym miejscu był jeszcze balkon. Od pamiętnych czasów nigdy tam nie weszłam, bo Maria zawsze zamykała go na klucz, gdyż bała się,że spadniemy. Na pół piętrze były dwa małe pokoje. Dla dziadka i dla babci. W każdym miejscu była łazienka. Do tego garaż i strych. Moi dziadkowie byli bardzo sentymentalnymi ludźmi i bardzo przywiązywali się do różnych przedmiotów. Czasem chciałam im powiedzieć, że niektóre rzeczy w domu proszą się o wymienienie, ale nie mogłam im tego zrobić i sprawić, że będą się smucić. Nie po tym co dla mnie zrobili... A zrobili na prawdę wiele. Gdyby nie oni, pewnie mieszkałabym teraz u jakiejś obcej rodziny... Moja historia jest bardzo smutna. Moich rodziców znałam przez krótki czas zaginęli 2 miesiące po tym jak mama mnie urodziła. Jak opowiadał mi dziadek było to spowodowane pożarem. Mieszkali w jakimś małym dwu pokojowym domu - właśnie w Damritch nie znałam ich i nie pamiętam nawet jak wyglądają. Podobno przejęłam urodę po mamie. Najbardziej ciekawiło mnie to, że nie znaleziono ich ciał tylko mnie wyrzuconą nie opodal. Ludzie mówili, że rodzice specjalnie podpalili dom, mnie wyrzucili , a sami uciekli. Ja w to nie wierzę i nie chcę wierzyć.Dlatego bardzo podziwiałam moich dziadków. Nie byli  młodzi i nie mięli pewnie tyle siły żeby się mną opiekować, a jednak mnie przygarnęli. Mój dziadek był cichym, pokornym człowiekiem, któremu trudno przychodziło okazywanie uczuć wprost, ale swoimi gestami i czynami wiedziałam, że skoczył by za mnie w ogień. Za to moja babcia była bardzo żywiołową kobietą,ciągle mnie przytulała i rozpieszczała aczkolwiek za oczami kryła jakąś czarną przeszłość.Na pewno związaną z moimi rodzicami.Resztę dnia spędziliśmy na sprzątaniu domu i rozpakowywaniu bagaży.
  
             

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz